1) Przygotowanie darów ofiarnych – celebrans kładzie na ołtarzu najpierw naczynia i przedmioty liturgiczne niezbędne do sprawowania Eucharystii, a następnie przynosi z tabernakulum chleb i wino. Kolejnym krokiem jest okadzenie darów. Wykonywanym czynnościom towarzyszy cicha modlitwa kapłana.
Tekst piosenki . Zachwycacie sie Aleja Róz w swoich wierszach i w swoich piosenkach ze to niby ten azyl wsród burz a tu równiez codzienna udreka Wielki mlyn swoje zmielil i tu przez to wiecej jesieni niz majów a poeci co zyli w Alei Róz to dostali sie w koncu do raju A poza tym i róz nie ma tu jesli wierzyc dozorcom na slowo
1.Gdy wieczór ciepły nadchodzi Witając świat milionem gwiazd , pojawiam się, tam gdzie śpiew i tańczyć chcę. 2.Kwiaciarki przy swych straganach, z uśmiechem jak słońce, a każda z nich usłyszeć chce akordeonu śpiew Ref. Tu malwy i stokrotki wśród herbacianych róż, storczyki i hortensje
2023-07-30 - Odkryj należącą do użytkownika ZOFIA WIERNA tablicę „WIARA” na Pintereście. Zobacz więcej pomysłów na temat wiara, cytaty religijne, modlitwa.
Tekst piosenki Ogród pełen róż. Czy to na jawie sen, z nieba moc, że mi ciebie podarował dobry los, Moje serce to ogród pełen róż, Możesz w nim zamieszkać już. 1. Gdy nastaje noc ja słucham o czym śpiewa deszcz, Moje oczy mokre nie od deszczu, lecz od łez, W dłoni nasze pogniecione zdjęcie.
Dec 25, 2022 - Explore Basia's board "Modlitwy", followed by 270 people on Pinterest. See more ideas about prayers, polish language, god.
1,7 mln views, 8495 likes, 6407 loves, 14.297 comments, 2963 shares, Facebook Watch Videos from TeoBańkologia: MODLITWA LIVE ZE ŚW. RITĄ W PRZYPADKACH
z7gxh. Do sanktuarium w Wysokim Kole pielgrzymowały koła Żywego Różańca z diecezji radomskiej. Gdy spojrzeć na emblematy, ale także na rejestracje autokarów i samochodów, widać, że uczestnicy przyjechali praktycznie z całej diecezji - od najbliższych Wysokiemu Kołu terenów Kozienic czy Zwolenia, po tak odległe, jak Żarnów czy Opoczno, a nawet spoza diecezji. - Ludzie, którzy znają się na liczeniu obecności tłumu, mówią, że jest nas tu przynajmniej 5 tys. osób. Bardzo wam dziękuję za tę obecność i modlitwę. Dziękuję kapłanom, których jest prawie 100, siostrom zakonnym i alumnom za wspólnotę. I dziękuję naszemu ordynariuszowi bp. Henrykowi Tomasikowi, że zawsze jest gotów być na naszej pielgrzymce i po zakończeniu kolejnej już wpisuje sobie w alendarz różańcowe spotkanie w przyszłym roku - mówił ks. kan. Szymon Mucha, kustosz sanktuarium MB Różańcowej w Wysokim Kole. - Przyjeżdżam tu co roku i widzę, że za każdym razem jest nas coraz więcej. Ten widok dodaje sił i cieszy serce - mówi pani Genowefa z Kozienic. Konferencję wygłosił socjolog ks. dr Andrzej Jędrzejewski, wykładowca w seminarium i proboszcz parafii św. Stefana w Radomiu. Oprawę liturgiczną przygotowali parafianie z Dąbrówki. Mszy św. przewodniczył bp Tomasik. - Budujmy wspólnotę, która zdobędzie świat dla Kościoła. Matka Boża pokazuje nam drogę i sposób - stanęła przed Panem Bogiem w postawie dziecka i spełniła Jego oczekiwania. A potem mówiła uczniom, a przez nich każdemu z nas: "Zróbcie wszystko, cokolwiek mój Syn wam powie" - mówił w homilii bp Tomasik. Ordynariusz przypomniał początki modlitwy różańcowej: - W XI w. wielu wiernych przypatrywało się modlitwie brewiarzowej w klasztorach. Wiedzieli, że zakonnicy odmawiają 150 psalmów. Umiejętność czytania i pisania była wówczas niewielka, stąd - zamiast modlitwy lekturą psalmów - tworzyli modlitwę odmawianych 150 "Zdrowaś, Maryjo", którą znali na pamięć. - Pana Boga prośmy dziś słowami Zbawiciela: "Ojcze, spraw, aby byli jedno". Potrzeba tej modlitwy, bo świat chce nas dziś skłócić, wiernych świeckich z księżmi. Naszą odpowiedzią powinna być współpraca i troska o Kościół, o świątynie, o parafie. Dobrze, że stawiamy wymagania naszym duszpasterzom, ale czy współpracujemy? - pytał bp Henryk. Pasterz diecezji radomskiej odniósł się także do trwającego na Watykanie synodu, który debatuje o młodzieży. - Sprawa młodzieży to nie tylko przyszłość Kościoła, to także przyszłość rodzin, narodu i państwa. Potrzeba nam wielkiej modlitwy za młodzież, aby młodzi byli dobrymi ojcami, matkami, duszpasterzami - powiedział. Przywołał także jedno z ostatnich objawień Maryjnych, jakie miało miejsce w Argentynie. - Padły tam słowa apelu: "Módlcie się, wynagradzajcie i ufajcie" - powiedział bp Tomasik i zakończył modlitwą o jedność, słowami z wiersza Romana Brandstaettera: "Matko Słowa, Matko Dobroci! Módl się o dobroć wszystkich polskich słów. Niech ani jedno słowo nie będzie złe. Niech ani jedno słowo nie nienawidzi. Niech nie krzywdzi. Niech nie zabija. Niech wybacza. Niech leczy". Po Eucharystii członkowie kół, którzy należą do nich 25 lat, otrzymali pamiątkowe dyplomy, a uczestnicy pielgrzymki mogli wysłuchać występu laureatów konkursu Pieśni i Poezji Patriotycznej "Kocham moją Ojczyznę", organizowanego przez Akcję Katolicką Diecezji Radomskiej.
Rozmawiamy z Panem Ireneuszem Rogalą – założycielem Różańca rodziców za dzieci – w uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem w 12. rocznicę powstania pierwszej róży. Panie Ireneuszu, inicjatywa Różańca rodziców zrodziła się we wspólnocie Marana Tha przy parafii Archikatedralnej w Gdańsku Oliwie. Wspólnota ta od wielu lat działa w archidiecezji gdańskiej, a materiały formacyjne dostępne są poprzez internet. Czy może nam Pan powiedzieć, jakie zadania ewangelizacyjne realizuje ta wspólnota? Marana Tha Marana Tha jest katolicką wspólnotą modlitewno-ewangelizacyjną, powołaną i skupioną wokół myśli i osoby ks. prof. Andrzeja Kowalczyka. Charyzmatem wspólnoty jest ewangelizacja dorosłych w duchu wskazanym przez II Sobór Watykański. Rekolekcje wspólnoty Marana Tha Zadanie to realizuje się poprzez rozliczne formy sprawdzone w Kościele, a jednocześnie dość nowatorskie. Wspólnota czerpie z ogromnego dorobku Kościoła katolickiego, a jednocześnie z ruchu Odnowy w Duchu Świętym. Program i zadania realizowane we wspólnocie wypływają z ogromnej wiedzy i doświadczenia jej pasterza, ks. Andrzeja Kowalczyka, z jego posługi i z odczytywania zadań, jakie stają współcześnie przed Kościołem. Różaniec rodziców jest jednym z takich odczytań potrzeby współczesnego człowieka. Forma ta rozwinęła się ze względu na ogromną potrzebę wsparcia duchowego dla współczesnych rodziców wobec tak wielu zagrożeń dla ich dzieci. Dla mnie jednak Marana Tha to znacznie więcej, to nawiązanie do wielkiej tradycji dwóch tysięcy lat Kościoła, do tradycji pierwszych wspólnot, a przede wszystkim do prawdy Ewangelii, która nam mówi: JEZUS ŻYJE. Tę prawdę powiedzieć i przeżyć w dzisiejszych czasach nie jest prosto, a właśnie we wspólnocie, dla nas w Marana Tha, jest to jasne, możliwe i inspirujące. Ksiądz Andrzej Kowalczyk, który jest twórcą i pasterzem wspólnoty, jest też egzorcystą archidiecezji gdańskiej. Marana Tha organizuje comiesięczną Mszę świętą z modlitwą o uzdrowienie. Często jest tak, że do Kościoła wracają wierni po różnych doświadczeniach zła. Po nawróceniu potrzebne jest nierzadko uwolnienie, a dalej, potrzeba stałej formacji. Co proponuje im Wasza wspólnota? Do wspólnoty Kościoła wracają osoby poranione, bo grzech, który z niej nas wyklucza, zawsze rani. I nie ma tu żadnego wyjątku. Wciąż potrzebujemy uzdrowienia, najpierw duchowego, często też fizycznego. O propozycjach formacyjnych wspólnoty można przeczytać na stronie internetowej: Najważniejszą jednak rzeczą, jakiej we wspólnocie się doświadcza, są spotkania z osobami idącymi tą samą drogą modlitwy, nawrócenia i katechezy. Nasz duszpasterz opracował stały program formacyjny, skierowany dla dorosłych i realizowany w małych grupach. Dla mnie było to właśnie odkrycie Kościoła z jego bogactwem odczytania Pisma Świętego w świetle Tradycji, zapisanej w Katechizmie Kościoła katolickiego. Uczestnik małej grupy przez ok. cztery lata uczy się modlitwy i o modlitwie, uczy się w sposób otwarty, w małych grupach, w katechezach dialogowanych. Wspólnota organizuje rekolekcje ewangelizacyjne. Co tydzień jest Eucharystia, która jednoczy wspólnotę i jest również miejscem spotkania. Skutki grzechu odbijają się na najbardziej niewinnych, na dzieciach. Ponadto rodzice nie zawsze dają najlepszy przykład. I tu Różaniec rodziców okazuje się wspaniałą propozycją dla tych, którzy chcą otoczyć duchową pomocą swoje dzieci. Ale czy tylko propozycją? – Czy nie jest tak, że rodzice powinni czuć się wprost zobowiązani do modlitwy za tych, których powołali do życia? Ta inicjatywa modlitwy zrodziła się właśnie jako wyraz naszej rodzicielskiej troski o dzieci. Zdaliśmy sobie sprawę w czasie rekolekcji, że współczesny świat pełen jest agresywnych, destrukcyjnych treści, na które nasze dzieci są narażone. I dodatkowo to my sami, nasze grzechy, słabości, zaniedbania, ignorancja i ich skutki. mogą być przyczyną zła w życiu naszych dzieci. To raczej refleksja w Duchu Świętym, zatroskanie i chęć zaradzenia swojej słabości były przyczynami rozpoczęcia modlitwy. Jak bardzo jest to potrzebne i przydatne, świadczą dziesiątki tysięcy rodziców, do których trafiło to przesłanie, ta droga troski duchowej o dzieci. Myślę, że modlitwa za dzieci jest głęboką potrzebą serca rodzicielskiego, to raczej wyraz miłości i świadomości swojej roli w życiu dzieci, niż takie rachowanie się o obowiązki. Ale na ostatnie pytanie odpowiedź jest oczywiście TAK. Często słyszy się określenie „Różaniec rodziców za dzieci”, co może sugerować, że modlitwa obejmuje małoletnie potomstwo. Niemniej wielu modli się za dzieci w ich dorosłym życiu, kiedy pokus i niebezpieczeństw jest więcej. Jak to wygląda w Różańcu rodziców? Rodzicem się nie bywa, rodzicem się jest. Od pierwszej chwili, do ostatniego dnia życia czy to dziecka, czy rodzica. My zaczynaliśmy modlitwę gdy syn miał 12 lat, a córka 9. Teraz to już osoby powyżej lat dwudziestu. Intencje szczegółowe na dany dzień czy chwilę się zmieniają, ale intencje ogólne są jak najbardziej aktualne. Modlimy się, aby syn miał dobry wzorzec ojcostwa a córka – macierzyństwa, aby wchodziły w życie dorosłe w dobry sposób. Wiele świadectw modlitwy np. matki za rozbitą rodzinę córki, która już po miesiącu się na powrót łączy, albo ojca za dorosłego syna, aby uzyskał dobrą pracę, wskazuje, że również modlitwa za dzieci dorosłe jest bardzo owocna. Czasem trudno odwrócić skutki naszych działań sprzed lat, ale Bóg może również z trudnych sytuacji wyprowadzić dobro oraz dać pojednanie, pokój serca. Dlaczego modlitwa we wspólnocie, w róży? Czy nie wystarczy modlić się indywidualnie? I dlaczego akurat… na różańcu? Różaniec wybraliśmy odruchowo, jakoś tak było oczywiste, że potrzeba wsparcia Matki Bożej. Mieliśmy też świadomość, że wobec wielu zagrożeń potrzeba właśnie wspólnotowego, wzajemnego wsparcia. Zatem jeśli różaniec, to i schemat róż jak w żywym różańcu. Będąc we wspólnocie doskonale rozumieliśmy, że potrzeba wzajemnej modlitwy i duchowego wsparcia. Zasada modlitwy, w której intencje się uwspólniają, niezwykle mocno oddziałuje na modlących się. Bo z jednej strony modlę się za swoje dzieci, ale i za dzieci innych rodziców, a dzięki temu zyskuję modlitwę innych dla swoich dzieci. We wspólnocie mieliśmy okazję nauczyć się medytacji chrześcijańskiej, co doskonale wpisuje się w rozważanie poszczególnych tajemnic różańca w kontekście życia moich dzieci i mojej rodziny. Różaniec to droga życia Pana Jezusa i Świętej Rodziny. Zatem to niejako najlepszy wzorzec do naśladowania. Te prawdy w jakiś sposób odczytywaliśmy już później, pięknie opisał to w Liście o różańcu bł. Jan Paweł II. Jego słowa, że „czymś owocnym jest powierzanie drogi rozwoju dzieci tej modlitwie”, dokładnie obrazują rolę modlitwy różańcowej dla dzieci. To, co wybraliśmy, jak wierzę, z natchnienia Ducha Świętego, potwierdził niejako Kościół słowami Ojca Świętego. Cofnijmy się o dwanaście lat. Jakie były dokładnie okoliczności powstania Różańca rodziców? Wiemy, że zaczęło się od rekolekcji wspólnotowych. Czy z powstaniem tej inicjatywy wiążą się szczególne Boże natchnienia lub kult jakiegoś świętego? Dokładnie 8 września 2001 r. w czasie rekolekcji wspólnotowych Marana Tha, ks. Kowalczyk mówił o zagrożeniach duchowych i wskazał ich totalne rozmiary, a jeszcze zilustrował przykładami ze swojej posługi, tak, że nas to przeraziło. Obecnie po wielu latach, odczytujemy to jako obdarowanie rodziców ze strony Maryi – Matki Bożej Oliwskiej. Pierwsza róża powstała spośród rodziców zgromadzonych na rekolekcjach, a jako patrona wybraliśmy św. Stanisława Kostkę, patrona polskiej młodzieży. Gdy po kilku miesiącach modlitwy zdaliśmy sobie sprawę z wielu łask, z dobrodziejstw, jakich doświadczamy poprzez modlitwę w róży, zaczęliśmy o tym mówić i od razu inni chcieli się dołączyć. Zatem powstała druga róża, potem trzecia i dalej się już potoczyło. Po 12 latach działania różaniec rodziców łączy już 2100 róż, czyli ponad osób, nie licząc wielu nie zarejestrowanych i powstających nowych róż. To wspaniały wynik, ale też wskazuje na wysiłek organizacyjny, jaki trzeba podejmować w prowadzeniu tego dzieła. Jak państwo sobie z tym radzą? Różaniec rodziców za dzieci Różaniec rodziców jest niesformalizowanym ruchem modlitwy. My świadczymy o tym że Bóg, przez wstawiennictwo Maryi i wspólnotową modlitwę, działa w życiu naszych dzieci cuda. Od razu też każde działanie i wskazania były nakierowane na pragmatyczną stronę organizacji. Sami jako rodzice wiemy, jak bywa obciążony tato czy mama. Znamy ograniczenia czasowe i organizacyjne, znamy też obawy przed zbyt dużym zaangażowaniem. Dlatego organizacja różańca rodziców jest maksymalnie uproszczona, a również wielkim wsparciem jest wykorzystanie internetu. Obecnie rozpoczęły się prace nad nowym, lepszym systemem, aby łatwiej i pełniej obsługiwać różnego rodzaju aktywność w ramach różańca rodziców. W tej intencji proszę o wsparcie modlitwą. Nie ma wielkiej organizacji, mamy swojego opiekuna, ks. Zbigniewa Zielińskiego, proboszcza parafii katedralnej w Oliwie, jest pani Basia, która obsługuje korespondencję pocztową, jest administrator strony internetowej, ja zajmuję się obsługą komunikacji w internecie. Jest też cała rzesza animatorów, którzy podjęli się prowadzenia róż w swoich środowiskach, w parafiach, rodzinach, szkołach, wspólnotach, wraz ze swoimi kapłanami. Widzimy, jak bardzo Bóg to dzieło prowadzi, jak pomagają ludzie dobrej woli. Prowadzimy to również niemal bezkosztowo, a jeśli są jakieś nakłady, to pokrywamy je sami lub prosimy o wsparcie i takie wsparcie się pojawia. Przede wszystkim jednak stawiamy na podmiotowość rodziców rozpoczynających modlitwę, a praktyka wielu lat pokazuje, że faktycznie są oni odpowiedzialni. Różaniec rodziców wciąż jeszcze się kształtuje i wsłuchujemy się we wszelkie sygnały, znaki, w jakim kierunku powinno się to rozwijać. To musi być wielka radość, kiedy dzieło duchowe tak się rozrasta! Znając obietnice różańcowe domyślam się, że Pan, jako moderator, otrzymuje wiele świadectw. Tak właśnie powstał różaniec rodziców. Radość z owoców modlitwy jest taka, że nie mogliśmy się nią nie dzielić. Różaniec rodziców wyrósł i dalej rozwija się przede wszystkim dzięki świadectwu działania Boga w życiu naszych dzieci i rodzin. Świadectwa są o tyle ważne, że dają nadzieję innym. Skoro Bóg pomógł połączyć jakąś rodzinę, to może pomoże i mojej. Skoro pomógł uwolnić czyjeś dziecko od uzależnienia od komputera czy narkotyków, to pomoże i mojemu dziecku. Wiemy też, że świadectwo pociąga świadectwo, rodzic dziecka uzdrowionego daje nadzieję rodzicowi dziecka z kłopotami w szkole, a ten rodzicowi, który modli się o pracę dla syna, ten z kolei teściowej, aby pojednała się z synową i tak dalej. Tak to idzie. Nieustannie zachęcam do świadectwa łaski za sprawą różańca rodziców, bo wiem i wielokrotnie to się potwierdziło że Bóg udziela wiele łask tym, którzy dają świadectwo! Schemat działania Różańca rodziców opiera się na idei żywego różańca, założonego przez sł. B. Paulinę Jaricot. Zatem rodzice łączą się w róże i codziennie modlą się jedną tajemnicą różańca. Czy to wszystkie zobowiązania? Raczej tak, tu w zasadzie chodzi o modlitwę i pracę nad sobą, aby po prostu żyć życiem Kościoła. Wystarczy to, co jest w Kościele – w mojej parafii są wszelkie środki duchowe, jakich mi potrzeba. Praca formacyjna powinna być realizowana właśnie w ramach parafii. Jeśli zaś ktoś chce więcej, to można uczestniczyć w rekolekcjach itp. Modlitwę rozpoczynamy od Aktu Zawierzenia, który co roku 8 grudnia w łączności z całym różańcem rodziców ponawiamy. Niektóre róże robią sobie comiesięczne spotkania, inne organizują Mszę św. w intencjach dzieci we wspomnienie patrona swojej róży. Jednak wszelkie inne zobowiązania poza modlitwą raczej staramy się ograniczać. Rozumiemy że podstawowym obowiązkiem rodzica jest być w rodzinie. Co należy zrobić aby założyć nową różę lub jak do niej dołączyć? Po prostu podjąć w swoim sercu decyzję! – Że chcę wspierać swoje dzieci w sposób duchowy w Kościele, przez wstawiennictwo Maryi. I na koniec bardziej osobiste pytanie: czym jest różaniec w Pana rodzinie? Co powoduje, że wybrał Pan tę modlitwę? Prawdę mówiąc niemal nie umiałem modlić się na różańcu. To wyjątkowa łaska, która przyszła do mnie właśnie we wspólnocie w październiku 2000 roku. Różaniec to modlitwa codzienna naszej rodziny, to też modlitwa ratunku – kiedy coś się dzieje, kiedy potrzeba pomocy czy wsparcia, przychodzi niemal odruchowo. A z drugiej strony odkrycie, dzięki praktyce medytacji chrześcijańskiej, że różaniec stał się niezwykle owocny i pomocny w ewangelicznym przeżywaniu każdego dnia, każdej sprawy. Przez ten czas odnalazłem również pewne swoje odczytania poszczególnych tajemnic różańcowych. – Np. pierwsza tajemnicę radosną poświęcam za dzieci nienarodzone, II radosną – w intencji pracy, IV radosną – w intencji ofiarowania np. cierpień, II światła – w intencji małżeństwa, tajemnice chwalebne to tajemnice dziękczynienia i uwielbienia itd. Różaniec ma też wielkie odniesienie historyczne. Ogromną otuchą napawa mnie np. Krucjata różańcowa za Ojczyznę, w której jestem i do której zachęcam. Razem z nami w sposób naturalny zaczęły modlić się też dzieci. To daje dużo pokoju. Dziękuję za poświęcony czas! MAREK WOŚ redaktor naczelny Redaktor KRŚ, polonista, filmoznawca, edytor, ekonomista, człowiek od "brudnej roboty". Wyszukaj jego teksty. 0 0 głosów Oceń ten tekst!
ROZDZIAŁ SZÓSTY JAKO SIĘ WIODŁO KRÓLEWSKIEJ LATOROŚLI KSIĄŻĄTKU LULEJCE NA DWORZE KRÓLA WALOROZY. Czas nam przejść teraz do księcia Lulejki, jeszcze w kolebce ograbionego z przynależnego mu dziedzictwa przez niegodziwego stryja. Pacholę to, jak wiecie już z poprzednich rozdziałów, wzrastało w najzupełniejszej bezmyślności i wzorując się na otoczeniu, nie myślało o niczem, tylko o urządzaniu uczt i polowań, krygowaniu się przed lustrem, ujeżdżaniu ognistych rumaków i rozrzucaniu garściami pieniędzy. Lulejka był zbyt dobroduszny i lekkomyślny, by czuć żal do stryja za pozbawienie go korony, tronu i berła. Od książki uciekał jak djabeł od święconej wody, dzięki czemu przydany mu ochmistrz mógł przez dwadzieścia cztery godziny na dobę oddawać się swemu ulubionemu zajęciu, słodkiej drzemce. Za to Wielkiemu kanclerzowi, baronowi Filistrozie, z roku na rok przeciągała się mina, bo książę Lulejka wzbraniał się zgłębiać tajniki prawodawstwa paflagońskiego, które traktował z równem lekceważeniem, jak matematykę i nauki klasyczne. Nie wszyscy profesorowie jednak uskarżali się na brak pilności Lulejki. Wielki koniuszy nadworny nie miał dość słów pochwalnych dla odwagi i zręczności, z jaką Lulejka dosiadał i ujeżdżał najdziksze rumaki, beletmistrz dworski zaliczał go do najlepszych swoich uczni, Jego Ekscelencja Szambelan ogłaszał najpochlebniejsze raporty o postępach, czynionych przez księcia w trudnym kunszcie gry bilardowej, najwyższe uznanie miał dla Lujejki także Radca Dworu, Nadinspektor placów tenisowych. Gdybyśmy tak jeszcze zapytali o zdanie kapitana gwardji królewskiej, dzielnego fechmistrza Zerwiłebskiego, dowiedzielibyśmy się z pewnością, że od śmierci straszliwego generała Kotłumbaja, dowódcy wojsk Krymtatarji, któremu rapier kapitana przeszył pierś na wylot, jeden Lulejka dotrzymywał placu kapitanowi. — „Tęgi byłby król z niego! jakiem Zerwiłebski!” — mruczał kapitan pod sumiastym wąsem i marsowe oblicze jego chmurzyło się, gdy przybywszy z raportem na dwór królewski, dojrzał smukłą, zgrabną postać księcia Lulejki, gnuśniejącego w bezczynnem życiu dworskiem i trawiącego długie godziny na prawieniu komplementów księżniczce Angelice. I teraz, jak widzicie, siedzą obok siebie na ławce ogrodowej, a nawet Lulejka ujął dłoń Angeliki i tkliwemi ją okrywa pocałunkami, na co księżniczka łaskawie przyzwalać raczy. Królowa, której nie możecie zobaczyć, bo zasłania ją gęsty krzew, spogląda na nich pobłażliwie. Nie było dla niej tajemnicą, że Lulejka świata poza Angeliką nie widzi, i z radością oddałaby mu swoją jedynaczkę za żonę. Czy małżeństwo z Lulejką było także marzeniem księżniczki? Któż odgadnie, co chowa serce kobiety? To pewne, że lubiła go szczerze, bo Lulejka był bardzo pięknym i serdecznie dobrym, tylko... tylko, że księżniczka miała tak wygórowane mniemanie o swojem wykształceniu, że zwykła traktować Lulejkę jak nieuka, którego słów słucha się z uprzejmem lekceważeniem. Nieraz, kiedy późnym wieczorem błądzili po parku, albo wsparci o balustradę balkonu, wsłuchiwali się w melodyjne rechotanie żab, zdarzało się, że rozmarzona księżniczka szepnęła, podniósłszy wzrok ku niebu: — „O, jest już Wielka Niedźwiedzica”. A Lulejka, zamiast naprowadzić rozmowę na wyniki ostatnich badań nad ciałami niebieskiemi, odpowiadał śpiesznie: — „Niedźwiedzica? nie lękaj się, słodka moja Angeliko, choćby rozjuszonych tysiąc niedźwiedzic cię napadło, wszystkie położę trupem, zanim dotkną jednego włoska na twojej głowie”. — „Ach, mój poczciwy Lulejko! — wzdychała księżniczka — całe szczęście, że proch już wymyślony, bo tybyś go z pewnością nie wymyślił”. To samo było przy zrywaniu kwiatów, to samo przy chwytaniu motyli. Lulejka nie wahałby się skoczyć w przepaść najgłębszą i wspiąć na najdzikszy szczyt górski, byle zasłużyć na uśmiech Angeliki, ale o astronomji, botanice i zoologji wiedział właśnie tyle, co ja z przeproszeniem o algebrze. To też Angelika lekceważyła go tem bardziej, że jak większość ludzi, miała, według mojego zdania, zbyt wygórowane wyobrażenie o głębiach własnej swej wiedzy. W braku innych wielbicieli jednak, każdemu jej skinieniu posłusznych, chętnie przyjmowała hołdy, składane jej przez kuzyna. Król Walorozo odznaczał się bardzo delikatnym żołądkiem, a bardzo dobrym apetytem. Szczególniej, odkąd nastał na dworze królewskim niezrównany kucharz Rondelino, król zaczął objadać się tak sumiennie i tak często zapadać na zdrowiu, że przyboczny lekarz Jego Królewskiej Mości nie rokował mu długiego żywota. Na samą myśl o możliwym zgonie Jego Królewskiej Mości ciarki przebiegały po skórze chytrego ministra, markiza Mrukiozo i podstępnej ochmistrzyni dworu, hrabiny Gburyi-Furyi. W razie małżeństwa księżniczki Angeliki z Lulejką, ster rządów przeszedłby w ręce młodego księcia, a wtedy odpokutowaliby oboje za tysiąc intryg, uchybień i przykrości, których książę doznawał z ich przyczyny na każdym kroku. Jednem skinieniem palca pozbawiłby ich zaszczytnych urzędów i wypędził ze dworu na cztery wiatry. A możeby zażądał zwrotu kosztowności: pereł, tabakierek, pierścieni i zegarków, należących ongiś do nieboszczki królowej jego matki, które chciwa ochmistrzyni przywłaszczyła sobie po jej śmierci. Zapewne pociągnąłby także do odpowiedzialności Jego Ekscelencję ministra markiza Mrukiozo za skradzionych: dwieście siedemnaście tysięcy miljonów dziewięćset siedemdziesiąt ośm kroć sto tysięcy trzysta dwadzieścia dziewięć dukatów, trzynaście złotych i sześćdziesiąt sześć groszy, które zmarły król Seriozo przekazał w spuściźnie Lulejce. Często się zdarza, że ludzie najzawzięciej nienawidzą tych, którym najwięcej wyrządzili krzywdy, Tak było i w tym wypadku. Mrukiozo i Gburya-Furya wysilali całą pomysłowość w celu obniżenia biednego Lulejki w oczach królewskiej pary, Angeliki i całego dworu. Rozgłaszali więc, że królewicz jest skończonym głupcem, który nawet imienia swego nie umie napisać ortograficznie i podpisuje się „Lólejka”, a imię Angeliki pisze małą literą, że włóczy się po stajniach z podpitymi parobkami, że drzemie w kościele, że długów ma więcej niż włosów na głowie, że zgrywa się w karty z królewskimi paziami i wiele innych jeszcze plotek, bądź zupełnie kłamliwych, bądź przesadzających niemożliwie drobne błędy i uchybienia księcia. Nie przeczę, że książę Lulejka nie był bez winy, ale wszakżeż i królowa grywała w karty i król drzemał w kościele i objadał się aż do niestrawności. A jeżeli nawet książę Lulejka miał jakieś zaległe rachuneczki u Dostawcy Dworu Cukiernika, czy u nadwornego krawca, to któż temu był winien, jeżeli nie Mrukiozo, który skradł Lulejce dwieście siedemnaście tysięcy miljonów dziewięćset siedemdziesiąt ośm kroć sto tysięcy czterysta dwadzieścia dziewięć dukatów, trzynaście złotych i sześćdziesiąt sześć groszy, a teraz wypominał mu każdego dukata? Mojem zdaniem powinienby taki Mrukiozo siedzieć cicho jak mysz w dziurze i nie wtrącać się w sprawy księcia, któremu już przecież dość wyrządził złego. Potwarze i oszczerstwa w niedługim czasie zrobiły swoje. Księżniczka zaczęła spoglądać na Lulejkę niechętnem okiem, na każdym kroku dawała mu do zrozumienia, że nie jest godzien rozwiązać rzemyka u jej stópek, wyśmiewała jego nieuctwo, a na wszystkich balach dworskich i przyjęciach traktowała go tak pogardliwie, że nieszczęsny Lulejka rozchorował się wkońcu ze zmartwienia. Choroba bratanka była Jego Królewskiej Mości bardzo na rękę, bo, jak wiemy, król z tychże samych powodów co Mrukiozo i Gburya-Furya nienawidził Lulejki. Co do królowej, to można było do niej łatwo zastosować przysłowie: „Kto z oczu, ten i z myśli”. Jejmość Pani Walorozo troszczyła się tylko, żeby jej nie zabrakło partnerów do codziennej partyjki winta i gości na wieczornej „familijnej” herbatce. Reszta mało ją obchodziła. Zausznicy dworscy, których już wolę nie nazywać po imieniu, byliby najchętniej wyprawili księcia Lulejkę na tamten świat; to też nie wiem czy z ich namowy, czy z własnego przekonania Jego Eksc. Lekarz Nadworny, Pigulini, zaczął królewiczowi puszczać krew tak często i karmić go tak okropnemi miksturami, że wkońcu biedny Lulejka wysechł jak szczapa i długie miesiące przeleżał w łóżku, z którego nie mógł powstać o własnych siłach. Życie na królewskim dworze biegło tymczasem zwykłym trybem, tylko poczet dworaków paflagońskich powiększył się w czasie choroby księcia Lulejki o jednego jeszcze członka. Był nim sławny Lorenzo Gwazdrani, nadworny malarz sąsiedniego króla Krymtatarji. Wszyscy zachwyceni byli jego obrazami, bo na portretach, malowanych jego ręką, nawet Ochmistrzyni Dworu, Gburya-Furya, wyglądała młodo i wdzięcznie, a oblicze ministra Mrukiozy tchnęło dobroduszną słodyczą. — „Lorenzo trochę pochlebia” — odezwał się raz ktoś ze śmielszych znawców. — „Pochlebia? — oburzyła się księżniczka, do której uszu doszła ta uwaga — otóż bynajmniej nie pochlebia, bo ja, która jestem wyższa ponad wszelkie pochlebstwa, jestem stokroć jeszcze piękniejszą, niż na obrazie mistrza. Nie mogę jednak ścierpieć, żeby o tak genjalnym artyście wyrażano się ujemnie i poproszę kochanego papy, żeby go pasował na rycerza i nadał mu Order Złotego Ogórka pierwszej klasy” (z uwolnieniem od taksy). Nikt po takiem oświadczeniu księżniczki nie śmiał już słówka pisnąć o protegowanym przez nią malarzu, a księżniczka posunęła do tego stopnia zachwyt swój dla jego dzieł, że łaskawie raczyła wziąć u Lorenza Gwazdraniego kilka lekcyj rysunków i malowania. Napróżno dworacy krzyczeli głośno, że księżniczka jest genjuszem zbyt wielkim, by ktokolwiek mógł ją nauczyć czegoś więcej, niż umie sama z Bożej łaski, księżniczka postawiła na swojem i pod okiem mistrza Lorenza stwarzała (naturalnie w jego pracowni) wspaniałe arcydzieła, których część reprodukowano w „kalendarzu dworskim”, a inne rozkupiono po bajecznych cenach, na dobroczynnej wystawie gwiazdkowej. Wszystkie obrazy opatrzone były własnoręcznym podpisem księżniczki. Czy malowane były własnoręcznie, ośmieliłbym się powątpiewać. Mam mocne podejrzenie, że wyszły one z pod pędzla Lorenza, który nie bez ubocznej myśli zaskarbiał sobie łaski Angeliki. Podczas jednej z poufnych lekcyj Lorenzo pokazał księżniczce mały portrecik, przedstawiający młodzieńca niepospolitej urody o szafirowych oczach, tchnących szlachetną dumą i głęboką melancholją. — Kto to jest ten rycerz, czcigodny mistrzu? — zapytała Angelika, której na widok portreciku, serce zabiło gwałtownie. — Jak żyję, nie widziałam tak pięknego mężczyzny — jęknęła z zachwytu chytra Gburya-Furya. — Portret ten — odpowiedział malarz — wyobraża mego dostojnego władcę i pana, pierworodnego syna Jego Królewskiej Mości Padelli I-go, Wielkiego Mistrza Orderu Brylantowej Dyni, Wielkiego księcia księstwa Akrobatonji, Kara-Fara-Muryi i następcy tronu Krymtatarji, królewicza Bulby. Jeżeli Jej Książęca Mość zechce łaskawie rzucić okiem na jego męską pierś, dojrzy niechybnie wymalowaną na niej przeze mnie gwiazdę Orderu Brylantowego Dyni, który Jego Wysokość Król Padella najmiłościwiej na piersi delfina własnoręcznie przypiąć raczył w nagrodę zwycięstwa, odniesionego przez księcia Bulbę nad królem Ludożerji, którego wraz z 248 olbrzymami własną ręką trupem położył. Dzięki jego waleczności, nieprzyjaciele nasi poddać się musieli, choć długa i zacięta walka w wojsku naszem duże zadała straty. — Jakiż wielkoduszny wojownik! — myślała Angelika — wydaje się tak młodym, a dokonał tylu bohaterskich czynów. Z jakimże wyrazem spogląda na mnie z tego portretu! Ah, czemuż nie było mi danem poznać go i... — Królewicz Bulbo jest nietylko dzielnym, ale i wykształconym niepospolicie, księżniczko — ciągnął dalej malarz. — Włada wszystkiemi językami świata, śpiewa bosko, gra na wszystkich instrumentach i komponuje opery. Ostatni jego utwór był grany tysiąc razy z rzędu w królewskim nadwornym teatrze, a atrakcją największą sztuki był balet, w którym autor produkował się osobiście. Jak czarująco wyglądał, racz z tego wnioskować, księżniczko, że kuzynka jego, najmłodsza córka króla Cyrkazji, ujrzawszy go na deskach scenicznych, rozkochała się w nim do szaleństwa i w kilka tygodni po przedstawieniu, umarła. — Czemuż książę Bulbo nie poślubił tej biednej księżniczki? — westchnęła niespokojnie Angelika. — Wiązało ich nazbyt bliskie pokrewieństwo, księżniczko, kościół byłby się sprzeciwił ich związkowi. Książę jednak nie pragnął jej pojąć za żonę, dawno bowiem już — tu Lorenzo zniżył głos tajemniczo — pan mój oddał swe królewskie serce dziewicy godniejszej... i piękniejszej! — Jej imię? — zapytała zmieszana Angelika. — Nie mam prawa odsłaniać imienia wybranej serca mego władcy i pana — odrzekł malarz. — Może jednak mógłbyś mi powiedzieć bodaj pierwsze litery jej imienia i nazwiska — wykrztusiła z żalem księżniczka. — Tego nie mogę odmówić Jej Wysokości — odparł malarz. — Czyżby jej imię zaczynało się na literę Z? Lorenzo zapewnił, ze nie na Z. Angelika po kolei wymieniała Y, X, W, aż przeszli wstecz, całe abecadło. Malarz ciągle potrząsał głową przecząco. Kiedy księżniczka drżącym głosem wypowiedziała D i nie zgadła, twarz jej powlokła się rumieńcem radości. Po literze C musiała oprzeć się o fotel z nadmiaru wzruszenia. Przy B osłabła do reszty. — Gburciu-Furciu, podaj mi sole trzeźwiące — szepnęła, opadając bezsilnie na fotel i podtrzymywana ramieniem ochmistrzyni, spytała zamierającym głosem: — mistrzu, czyżby to było A? — Odgadłaś, księżniczko! — wykrzyknął chytrze malarz. — Imię tej, którą pan mój uwielbia do szaleństwa, zaczyna się na A. A teraz pozwól, że pokażę ci jej portret. To rzekłszy, Lorenzo ustawił na sztalugach obraz w złotych ramach, starannie okryty płótnem. I pociągnąwszy Angelikę ku sztalugom, szybkim ruchem zerwał zeń zasłonę. O radości niebiańska! Z ram złoconych zwierciadła wyjrzało ku Angelice odbicie jej własnego oblicza.
"Skąd bierze się w świecie głód? Nie z braku chleba, lecz z braku solidarności" - usłyszeli uczestnicy Drogi Krzyżowej z papieżem Franciszkiem na krakowskich Błoniach. Inspiracją do rozważań było 14 uczynków miłosierdzia co do ciała i co do duszy. Autorem refleksji jest bp Grzegorz Ryś. Każda stacja odpowiadała jednemu uczynkowi. Rozważanie poprzedzało odczytanie fragmentu Ewangelii (w języku polskim) oraz etiuda artystyczna z wykorzystaniem różnych form scenicznych przedstawiająca główny temat danej stacji. Rozważania czytali młodzi, a modlitwę dostosowaną do danej stacji - przedstawiciele inicjatyw Kościoła wychodzących naprzeciw różnym problemom. Ojciec Święty, wraz z osobami zapowiadającymi poszczególne stacje i czytającymi rozważania siedział przy głównym ołtarzu na Błoniach. Krzyż niosły grupy młodzieży. Procesja przemieszczała się między sektorami w kierunku południowo-zachodnim od ul. Piastowskiej do ołtarza. Publikujemy pełny tekst rozważań Drogi Krzyżowej. Stacja I Pan Jezus skazany na śmierć PODRÓŻNYCH W DOM PRZYJĄĆ Z Ewangelii według św. Łukasza: Kiedy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy, i wysłał przed sobą posłańców. Ci przyszli do jakiegoś miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. (Łk 9,51-53) Panie Jezu, już na początku swej drogi do Jerozolimy, a więc ku śmierci, zostałeś odrzucony - nie przyjęto Cię. Bo byłeś obcy! Bo należałeś do innego narodu, wyznającego inną religię… Odmówiono Ci gościny - Człowiekowi zmierzającemu ku śmierci… To wszystko, Panie, brzmi przerażająco znajomo - jakby wprost zaczerpnięte z naszych gazet, przypomina sytuacje z naszych ulic. Odmawiamy gościny ludziom, którzy szukając lepszego życia, a czasami po prostu ratując życie (zagrożone śmiercią), pukają do drzwi naszych krajów, kościołów i domów. Są obcy, widzimy w nich wrogów, boimy się ich religii. I ich biedy! Zamiast gościny - znajdują śmierć: u wybrzeży Lampedusy, Grecji, w obozach dla uchodźców. Odmowa przyjęcia łatwo staje się prawdziwym wyrokiem śmierci. Na nich. A więc i na Ciebie! W ostatnich kilku latach zostałeś skazany na śmierć w osobach 30 tysięcy uchodźców. Skazany - przez kogo? Kto się podpisze pod tym wyrokiem? Jestem przybyszem - mówisz dzisiaj do nas - nie mam miejsca, gdzie bym głowę mógł oprzeć, urodziłem się w stajni - nieprzyjęty do gospody. Znam gorzki smak udawanej gościny - jak u faryzeusza Szymona, który nie podał Mi ani wody do nóg, ani oliwy na spieczoną upałem głowę. Przypominasz nam o uczniach z Emaus: gdy zaprosili "Nieznajomego" do stołu, otwarły się im oczy, i poznali… Ciebie! I my prosimy: otwórz nam oczy! Daj się rozpoznać! W przybyszach, którzy nagle znaleźli się obok nas. W bezdomnych, śpiących na naszych dworcach, w bramach naszych domów, w kanałach, pod mostami. Ty żyjesz - w każdym przybyszu. I królujesz - jako potrzebujący, na wieki wieków. Amen. Stacja II Jezus podejmuje krzyż GŁODNYCH NAKARMIĆ Z Ewangelii według św. Marka: Jezus ujrzał wielki tłum. Uczniowie rzekli: Odpraw ich! Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia. Lecz On im odpowiedział: Wy dajcie im jeść. Rzekli Mu: mamy za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść? Spytał: Ile macie chlebów? Rzekli: Pięć i dwie ryby. (Mk 6,34-38) Czego najbardziej potrzebujemy, żeby zmierzyć się z krzyżem - np. z krzyżem głodu naszych sióstr i braci? Zwykle myślimy jak apostołowie: za dwieście denarów nie wystarczy chleba… Dwieście denarów! Siedmiomiesięczna pensja?! Skąd naraz wziąć taką sumę?! Ten krzyż nas przerasta… Pozornie bezradni, wynajdujemy rozwiązania przerzucające problem na innych: niech idą do okolicznych osiedli i wsi i kupią sobie. Ty jednak mówisz: Wy dajcie im jeść! I pytasz: Ile macie chlebów? Pytasz nie o to, czego nie mamy, lecz o to, co mamy! I czy potrafimy się podzielić tym, co mamy: pięcioma chlebami i dwiema rybami… Nie pytasz, czy to wystarczy dla tak wielu - pytasz, czy się tym podzielimy! I oto zaczynamy rozumieć. Skąd bierze się w świecie głód? Nie z braku chleba, lecz z braku solidarności. W naszym świecie nie brakuje chleba - 1/3 produkowanej żywności jest marnowana. Jednocześnie co 6 sekund umiera z głodu dziecko, a dzisiaj - tego wieczoru, blisko miliard ludzi na świecie nie wie, czy jutro będzie miało co jeść. Panie Jezu, chwalimy Cię za wszystkich, którzy niosą miłosierdzie głodnym siostrom i braciom. Dziękujemy za tych, którzy ślubują ubóstwo, by nieść pomoc jeszcze uboższym od siebie. Pokazują, że - aby pomagać - potrzeba nie tyle wielkich środków, co hojnego serca! Daj nam takie serce - solidarne i zdolne do podzielenia się, również ze swego niedostatku. Przywróć nam także zrozumienie dla postu - nie jako zdrowotnej diety, lecz rzeczywistej praktyki miłości. Na koniec prosimy za tych wszystkich, których krzyż pozwoliłeś nam dostrzec przy rozważaniu tej stacji - za głodujących i za umierających z głodu. Chlebie Żywy! Wspomóż ich! A nam… przebacz. Amen. Stacja III Pierwszy upadek GRZESZĄCYCH UPOMINAĆ Z Ewangelii według św. Marka: Przyszli do Jezusa z paralitykiem, którego niosło czterech. […] Jezus […] rzekł do paralityka: "Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy". [A następnie:] "Wstań, weź swoje łoże i idź do domu". (Mk 2,3nn) Patrząc na Twój upadek, Jezu, myślę o swoich upadkach - o ciężkich grzechach, które zwaliły mnie z nóg. Już sama pamięć o nich mnie obezwładnia. Nie umiem o własnych siłach przyjść do Ciebie. Jestem sparaliżowany - bardziej niż tamten chory. On przynajmniej pozwolił sobie pomóc - przyjaciele przynieśli go do Ciebie. Ja uciekam z mym grzechem w samotność, upomnienie kwituję wzruszeniem ramion lub - częściej - agresją… Dziękuję, że dziś jestem tutaj i słyszę, co mówisz do tamtego sparaliżowanego grzesznika. Mówisz wpierw: synu (!), a potem dopiero: odpuszczają ci się twoje grzechy. Nie zaczynasz od grzechów. Nazywasz mnie "synem" - choć myślałem, że nie mam już do tego prawa: nie jestem już godzien nazywać się Twoim synem; uczyń mnie choćby jednym z najemników. Ty jednak mówisz: "Najemnik? - Nie! Nigdy!" - "Oto twój pierścień, sandały i szata!". Tyle razy przeżyłem to w sakramencie pokuty. Nie upokorzenie, lecz odnalezienie własnej godności! Tyle razy podniosłeś mnie z ziemi! Panie Jezu, bądź uwielbiony w każdym konfesjonale świata. Pełen miłosierdzia. Przebaczający nie 7 i nie 77, ale 777 milionów razy. Niemęczący się przebaczeniem. Bądź takim w każdym spowiedniku! Spraw, by sakrament pokuty zawsze i dla każdego był doświadczeniem miłosierdzia i szacunku. Prosimy za tych, którzy z lęku, wstydu czy lekceważenia odkładają spowiedź od lat. Daj im Swojego Ducha - który przekonuje nas o grzechu - bo jest nam dany na odpuszczenie grzechów! Prosimy też za tych, których życiowe decyzje oddzielają od sakramentalnego rozgrzeszenia. Działaj w ich sumieniach, pomnażaj ich miłość, daj nam towarzyszyć im w Kościele. Daj nam ukochać Kościół, który nigdy nie jest bezradny wobec grzechu, choć tworzą Go grzesznicy. Święty, Święty, Święty Przyjacielu grzeszników na wieki wieków. Amen. Stacja IV Jezus spotyka swoją Matkę STRAPIONYCH POCIESZAĆ Z Księgi Hioba: Szatan obsypał Hioba trądem złośliwym. Hiob wziął więc skorupę, by się nią drapać, siedząc na gnoju. Usłyszeli trzej przyjaciele Hioba o wszystkim, co na niego spadło. Porozumieli się, by przyjść i pocieszać go. Skoro spojrzeli z daleka, nie mogli go poznać. Podnieśli swój głos i zapłakali. Siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy. Nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu. (Hi 2, Panie Jezu, Ty i Twoja Matka nie mieliście aż tyle czasu, by w milczeniu pobyć ze sobą. Nie dano Wam siedmiu dni i siedmiu nocy. Musiało Wam wystarczyć kilka sekund, spotkanie oczu. I serc. Bez słowa. Bez gestu. Skondensowana intensywność miłości! Jak przyjaciele Hioba, Twoja Matka musiała przyjść, boleć z Tobą i pocieszyć Cię. Jak oni, także i Ona zapewne z trudnością mogła Cię rozpoznać, poranionego, zakrwawionego, dopiero co powstałego z upadku. Tradycja zachowała pamięć o tym miejscu, w którym upadłeś i w którym spotkała Cię Matka. W samym środku kanału przebiegającego przez Jerozolimę i zbierającego wszystkie jej odpady i nieczystości. Boski Hiobie, jedyny sprawiedliwy, upadłeś nie na gnój, tylko w sam środek ludzkich brudów. Ty, Pierwszy Pocieszyciel. Jak bardzo sam potrzebowałeś pociechy na swej krzyżowej drodze… Tą pociechą stała się dla Ciebie milcząca współobecność Matki. Czy nie jest tak, że najlepiej pocieszamy strapionych milczącą współobecnością?! Bo współmilczenie nie jest jedynie niemówieniem. Jest raczej wspólnym słuchaniem i oczekiwaniem odpowiedzi od Pana! Tak mówi Pismo: dobrze jest czekać w milczeniu ratunku od Pana (Lm 3,26). Maryjo, Pocieszycielko strapionych, chcemy się od Ciebie uczyć miłosiernej, milczącej obecności przy tych, którzy cierpią. Uwielbiamy Cię, Jezu Chryste, i Ciebie, Duchu Święty, Pocieszycielu, który nas pocieszasz w każdym naszym utrapieniu, byśmy mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Ciebie. Amen. Stacja V Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi CHORYCH NAWIEDZAĆ Z Ewangelii według św. Łukasza: Gdy Jezus przyszedł do domu Piotra, ujrzał jego teściową leżącą w gorączce. Ujął ją za rękę, a gorączka ją opuściła. […] Z nastaniem wieczora przeprowadzono Mu wielu opętanych. On słowem wypędził złe duchy i wszystkich chorych uzdrowił. Tak oto spełniło się słowo proroka Izajasza: On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby. (Mt 8,14-17) Wziąłeś na siebie nasze słabości i nosiłeś nasze choroby. Szymon - przeciwnie: nie chciał wziąć na siebie Twojego krzyża. Nie chciał pomóc. Trzeba go było zmusić… Nie mam prawa go osądzać. Sam równie chętnie uciekam przed chorobami i słabościami innych. Czy nie dlatego, że nie pamiętam, iż Ty pierwszy wziąłeś na siebie każdą z moich chorób i słabości?! Mówisz o sobie: Byłem chory, ja jednak znam Cię przede wszystkim jako Lekarza - posłanego do chorych, nie do zdrowych. Ile to już razy przyszedłeś do mnie w sytuacji mojej choroby. Ile razy podałeś mi dłoń i podźwignąłeś? Z chorób znacznie cięższych niż gorączka: z egoizmu, lenistwa, bezczynności, niewiary w siebie. Nie chcę odmawiać Ci tego, czego sam tyle razy od Ciebie doznałem. Panie Jezu, błogosławimy Cię we wszystkich, którzy pomoc chorym rozeznali nie tylko jako swój zawód, ale jako powołanie. We wszystkich, których najlepiej opisuje pojęcie "służba zdrowia": w lekarzach, pielęgniarkach, pielęgniarzach, wszystkich pracownikach szpitali i przychodni. Wychwalamy Cię za każdego z kapelanów szpitalnych i wspierających ich wolontariuszy. Za zgromadzenia zakonne, których charyzmatem jest posługa chorym. Prosimy dla nich o nowe, liczne powołania. Błogosławimy Cię za lekarzy na placówkach misyjnych i za wszystkich wspierających ich pracę ofiarodawców. Dla siebie prosimy o wrażliwość na osobę każdego chorego. O uzdolnienie do chętnej, niewymuszanej pomocy. O hojność w ofiarowaniu czasu na odwiedziny (w domu, w szpitalu, w domu opieki). I na modlitwę. Amen. Stacja VI Weronika ociera twarz Jezusową WIĘŹNIÓW ODWIEDZAĆ Z Ewangelii według św. Mateusza: Jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. […] Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: "Ufaj, córko! Twoja wiara Cię ocaliła". (Mt 9,20-22) Ewangelie nie zapamiętały imienia tej kobiety. Zapamiętała je Tradycja: Weronika! To właśnie ta kobieta - uzdrowiona kiedyś przez Ciebie z upływu krwi - nie mogła teraz obojętnie patrzeć, jak Ty krwawisz na krzyżowej drodze. Jej czyn miłosierdzia był odwzajemnieniem. Kiedyś Ty uwolniłeś ją od upływu krwi i od nieczystości, teraz ona otarła z krwi Twoją twarz i choć na moment przywróciła jej czystość. Zakryta krwią, potem i brudem twarz Skazańca ukazała się na nowo oczom wszystkich jako pełne godności Oblicze Jezusa z Nazaretu! Czy nie takim widziała Cię oczami serca jeszcze zanim sięgnęła po swoją chustę?! Widziała Więźnia o twarzy Syna Bożego! Co znaczy: więźniów odwiedzać? Nie chodzi o jakiekolwiek odwiedziny. Chodzi o spotkanie, które pozwoli więźniowi odkryć w sobie na nowo twarz Syna lub Córki Boga - niezatarty obraz Syna Bożego - źródło nieusuwalnej ludzkiej godności! Panie Jezu, Ty nas nawiedzasz w każdym zniewoleniu - w naszych nałogach, pożądliwościach i uzależnieniach. I zawsze widzisz w nas Córki i Synów Boga - także wtedy, gdy my widzimy już w sobie tylko więźniów, zniewolonych przez narkotyki, alkohol, pornografię, emocjonalność, hazard, komputer, komórkę, pieniądz, wygodę…, cokolwiek! Dla Ciebie twarz każdego i każdej z nas jest niezmiennie Twarzą Bożego Dziecka. Twój wzrok przywraca nam poczucie godności! Sięga głębiej niż chusta Weroniki. Prosimy Cię, byśmy, jak Weronika, chcieli i umieli więźniów odwiedzać. Poprowadź nas do ludzi cierpiących jakiekolwiek zniewolenie czy nałóg. Naucz nas myśleć z szacunkiem o każdym uwięzionym - w więzieniach, aresztach, obozach pracy, w miejscach odosobnienia. Bądź naszą drogą do nich. Amen. Stacja VII Drugi upadek Pana Jezusa URAZY CHĘTNIE DAROWAĆ Z Ewangelii według św. Mateusza: [Królowi przyprowadzono sługę], który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. […] Pan ulitował się nad nim, uwolnił go i dług mu darował. Lecz, gdy ów sługa wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. […] I wtrącił go do więzienia, dopóki mu długu nie odda. […] Wtedy uniesiony gniewem pan jego wezwał go i rzekł mu: Sługo niegodziwy! […] Czy nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?! I kazał wydać go katom. (Mt 18,21-35) Panie, tyle mu darowałeś! Darowałeś mu dług przekraczający wyobraźnię! 10 tysięcy talentów. 270 ton złota! Wybacz, że spytam: nie mogłeś darować mu jeszcze i tego, że nie przepuścił swojemu dłużnikowi? Odpuściłeś mu grzechy niewyobrażalne… Dlaczego nie odpuściłeś mu niewybaczenia?! Czy odmowa wybaczenia i darowania urazy jest aż tak wielkim grzechem? Czy nie miał prawa domagać się sprawiedliwości? Miał. Ale nie na tym polegał jego grzech. Nie chodzi o to, że sam z siebie nie potrafił wybaczyć, ale o to, że zmarnował miłość, którą go Ty nadobficie obdarzyłeś. Okazałeś mu bezgraniczne miłosierdzie nie po to, by się poczuł uwolniony od długu, ale po to, by innych kochał doznaną miłością. By wybaczał doznanym wybaczeniem. Nie wymagałeś od niego niczego, czego byś mu wcześniej nie dał. I to w nadmiarze! Panie Jezu, błogosławimy Twoją obecność i moc we wszystkich, którzy wybaczają. Ty jesteś Miłosierdziem, które nas uzdalnia, by urazy chętnie darować. Prosimy Cię przy tej stacji: zniszcz w nas starego człowieka! Zabij w nas nielitościwego dłużnika! Naucz nas wybaczać chętnie - uprzedzająco, bez wyczekiwania na prośbę i zadośćuczynienie ze strony winowajców. O, jak niepojęte jest Twoje miłosierdzie! Chcę mu zaufać. Również wtedy, gdy wzywasz, bym je okazał drugiemu - wybaczając bez wahania. Amen. Stacja VIII Jezus poucza płaczące niewiasty NIEUMIEJĘTNYCH POUCZAĆ Z Dziejów Apostolskich: Etiop, urzędnik królowej etiopskiej, wracał z Jerozolimy, czytając w swoim wozie proroka Izajasza. […] Czy rozumiesz, co czytasz? - zapytał Filip. A tamten odpowiedział: Jakże mogę rozumieć, jeśli mi nikt nie wyjaśni… […] A Filip wychodząc z tego tekstu Pisma, opowiedział mu Dobrą Nowinę o Jezusie. (Dz 8, Panie Jezu, rozpoznajemy moc i miłosierdzie Twego Ducha, który kazał Filipowi przyłączyć się do owego człowieka, by go pouczyć. Miłosierdzie, bo człowiek ten był "obcy" i wykluczony ze wspólnoty modlitwy i kultu. Moc, która zaowocowała wiarą i przyjęciem chrztu. Chcielibyśmy się uczyć od Filipa takiej zdolności pouczania nieumiejętnych - pouczania pełnego pokory, pobudzającego rozmówcę do stawiania najważniejszych pytań; pouczania skoncentrowanego na Tobie - na wydarzeniu Twojej śmierci i zmartwychwstania - pouczania prowadzącego słuchacza do uznania w Tobie Pana i Zbawiciela. Miłosierną zdolność pouczania nieumiejętnych objawiasz nam także Ty sam przy tej stacji - mówisz do towarzyszących Ci kobiet: Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi (Łk 23,28). Pouczasz, bo kochasz. Pouczasz ze środka własnej męki - zapominając o sobie, przekraczając własne cierpienie. Panie Jezu, rozważając tę stację drogi krzyżowej, uczymy się, że pouczenie winno być zawsze czynem miłości i miłosierdzia. Przepraszamy za te momenty w życiu, kiedy pouczaliśmy innych w gniewie, w pysze - by postawić na swoim - gdy upieraliśmy się przy swojej racji. Przepraszamy za chęć błyszczenia własną mądrością, którą zasłanialiśmy Ciebie - Źródło Mądrości i Mądrość Wcieloną. Przepraszamy za wszystkie sytuacje, gdy nadużyliśmy zaufania tych, których nam zawierzyłeś w posłudze nauczania. Polecamy Ci, Panie, wszystkich nauczycieli, wykładowców, katechetów, wychowawców, a nade wszystko rodziców: napełnij ich swoją mocą i miłosierdziem, by mogli prowadzić i pouczać powierzonych sobie. Mądrym słowem i przekonywującym świadectwem. Boski Rabbi i Świadku, który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen. Stacja IX Trzeci upadek Pana Jezusa WĄTPIĄCYM DOBRZE RADZIĆ Z Ewangelii według św. Marka: Jezus rzekł apostołom: Wszyscy zwątpicie we Mnie. […] Na to rzekł Mu Piotr: "Choćby wszyscy zwątpili, ale nie ja!" Odpowiedział mu Jezus: […] tej nocy, […] trzy razy się Mnie wyprzesz. (Mk 14, Tuż przed męką pokazałeś Jezu swym uczniom zwątpienie jako upadek i jako przyczynę kolejnych upadków. Zwątpienie, które pociąga za sobą ucieczkę, rozproszenie, zdradę. Zwątpienie nie w siebie, nie we własne siły, ale zwątpienie w Ciebie - powiedziałeś: wszyscy zwątpicie we Mnie. Zwątpienie… Zwątpienie, które odbiera mi siły i powala na ziemię. Zwątpienie, czy jeszcze kiedykolwiek powstanę z upadku. Każdy mój grzech pociąga za sobą następny. Z każdym następnym - coraz bardziej tracę nadzieję. Zwątpienie, które mi mówi: "To już nałóg; silniejszy od ciebie!". To zwątpienie - ostatecznie - jest zwątpieniem w Ciebie! Że nie jesteś dość silny, by mnie podnieść. Że nie chcesz mnie podnieść. Czy w ogóle możesz kochać kogoś takiego jak ja? Zwątpienie w realność Paschy. Zwątpienie w celowość i sens mojego życia. W Twoją Opatrzność. I miłosierdzie. Wątpiącym dobrze radzić! Ale co poradzić człowiekowi bezradnemu? Jak dobrze radzić człowiekowi zżytemu już ze swoją bezradnością? Uwięzionemu w zwątpieniu? Jak pokazać, że zwątpienie jest kłamstwem? I o nas, i o Tobie! Panie Jezu, dziękujemy Ci za wszystkie pytania, które rodzą się w nas, gdy zatrzymujemy się przy tej stacji. Nie chcemy łatwych odpowiedzi… Prosimy o pokorną otwartość na Twojego Ducha - Ducha Rady, otrzymanego przy bierzmowaniu - na Jego mądrość i rozeznanie. Niech On w nas słucha, niech nam podpowiada: i właściwe pytania, i prawdziwe odpowiedzi. Wychwalamy Cię za tych wszystkich, którzy wspierają wątpiących i nie zostawiają ich samych - zwłaszcza w zwątpieniu co do możliwości nawrócenia i wyzwolenia z nałogu. Wychwalamy Cię za ich bliskich: rodziny, przyjaciół, za terapeutów i kierowników duchowych. Za wszystkich, którzy nie tracą wiary w ludzi. I w Ciebie. Amen. Stacja X Jezus z szat obnażony NAGICH PRZYODZIAĆ Z Ewangelii według św. Łukasza: Gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego Ojciec i wzruszył się głęboko, wybiegł mu naprzeciw, […] ucałował go, […] i rzekł: przynieście szybko najlepszą szatę, i ubierzcie go! (Łk 15, Gdy klękał przed Ojcem, był niemal nagi. Zmarnotrawił wszystko. Nie, nie majątek! Stracił poczucie własnej godności. Jest nagi jak niewolnik. Bankrut, któremu - z jego własnej winy - zabrano ostatnią koszulę! Nagi - jak Adam i Ewa w raju, kiedy po grzechu otworzyły się im oczy, i poznali, że są nadzy, i skryli się przed Tobą. On pewnie podobnie - chciałby zakryć swoją nagość przed Ojcem. Grzesznik - jak oni. Zawstydzony i upokorzony. Ta scena, Panie Jezu, pomaga mi inaczej zobaczyć Twoją nagość na Golgocie. Nie obnażono Cię bez Twojej woli. Wybrałeś nagość, by okazać swoją jedność: z nagimi Adamem i Ewą, z każdym z marnotrawnych synów i każdą z marnotrawnych córek - obnażonych i upokorzonych przez grzech. Na Golgocie stajesz nagi nie przed oprawcami, ale przed Ojcem. Słowa marnotrawnego syna: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Tobie…, nie jestem godzien nazywać się Twoim synem - czynisz swoimi. Wypowiadasz je swoją nagością! Jesteś jedno ze mną, ogołoconym przez grzech. Ta jedność mnie zbawia. Gdyż Ojciec Twój nie potrafi spokojnie patrzeć na nagość swojego Dziecka. Natychmiast Cię przyodziewa. W najlepszą szatę do stóp i złoty pas na piersiach (por. Ap 1,13). Nagi w śmierci - w zmartwychwstaniu jesteś znów odziany w synowską godność. A my, a ja z Tobą. Boże Ojcze, Ty jesteś pierwszym, który przyodziewa nagich! Prosimy, daj nam Ciebie naśladować. Naucz nas dzielić się, gdy potrzeba, swoim ubraniem. Pilnuj nas, byśmy chcieli się dzielić jak Ty - najlepszą (!) szatą - ubraniem nowym, czystym i zadbanym, a nie starym, zużytym i niepotrzebnym. Daj nam także zachować skromność i ubóstwo w ubiorze, byśmy tym łatwiej mogli się dzielić tym, co zaoszczędzimy. Prosimy o to przez Tego, który przyjął naszą nagość - by nas przyodziać w nowego człowieka. Amen. Stacja XI Jezus przybity do krzyża KRZYWDY CIERPLIWIE ZNOSIĆ Z Dziejów Apostolskich: Gdy usłyszeli [mowę Szczepana], zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego. A on pełen Ducha Świętego, patrzył w niebo […] zawołał głośno: Panie, nie poczytaj im tego grzechu! Po tych słowach skonał. (Dz 7,54-55,60) Błogosławimy Cię, Panie Jezu, za to, że takiej mocy udzielasz ludziom! Mocy, która jest cierpliwością - nie tyle wobec cierpienia, co wobec jego sprawców. Nawet wobec prześladowców. Ta cierpliwość nie jest jedynie zaciśnięciem zębów. Nie jest też bezczynną apatią. Ani stoickim spokojem, w poczuciu chłodnej wyższości nad czyniącymi zło. Cierpliwość Szczepana, cierpliwość męczenników jest miłością do krzywdzicieli. Jest mocnym świadectwem. Jest pełnym pokoju milczeniem przerywanym modlitwą o wybaczenie. Jest ostatnim mocnym słowem i czynem miłosierdzia. Cierpliwość Szczepana jest odwzorowaniem Twojej, Panie; jego słowa są odbiciem Twoich: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Ale też w chwili męczeństwa Szczepan patrzył w niebo, i widział Ciebie! Miał przed oczami Ciebie, a nie swoją krzywdę i nie złość przeciwników. To widzenie nim zawładnęło i go przemieniło - upodobniło do Ciebie. Na Szczepanie spełniła się obietnica Pisma: Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Właśnie tak! Objawiłeś się mu i upodobniłeś do siebie. Jezu Chryste, cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, daj nam się w Ciebie zapatrzeć jak Szczepan. Daj nam odkryć cierpliwość jako czyn wielkiego miłosierdzia! Połóż nam swój palec na ustach, gdy chcemy wybuchnąć rozgoryczeniem i pretensją, agresją i skargą. Naucz nas modlić się za nieprzyjaciół. Nie stawiać oporu złemu! Nadstawiać drugi policzek. Odstępować szatę temu, kto zabiera nam płaszcz. Iść dwa tysiące kroków z tym, kto nas zmusza, by przejść z nim tysiąc. Daj, byśmy się nie dali zwyciężyć złu, lecz zwyciężali je dobrem. Cichy Baranku poprowadzony na zabicie, jak owca niema wobec strzygących ją - objaw się w nas Twoją cierpliwością. Ty żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen. Stacja XII Jezus umiera na krzyżu SPRAGNIONYCH NAPOIĆ Z Ewangelii według św. Jana: Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Nałożono więc na hyzop gąbkę pełną octu, i do ust Mu podano. (J 19,28-29) Byłem spragniony, a daliście / nie daliście Mi pić… Czego pragnie umierający człowiek? Jakie pragnienia ma umierające dziecko? Podano Ci ocet do ust. Ostatni gest człowieka względem Ciebie. Na sekundę przed Twoją śmiercią. Ostatnia drwina. Ostatni akt wrogości. Tak jak zapowiedział Psalmista: na współczującego czekałem, ale go nie było […] Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem (Ps 69 (68),21-22). Nie oszczędziliśmy Ci niczego! Nawet szyderstwa z ostatniego pragnienia… Przeraża mnie myśl, że to może się powtórzyć, także i dzisiaj. Że mogę zobojętnieć, że mogę chcieć uciec przed pragnieniem osamotnionych, umierających ludzi. Nieraz bliskich mi umierających ludzi. Albo, że mogę próbować zbyć to pragnienie byle czym: drogimi gadżetami, mającymi zastąpić… obecność. Panie Jezu, Ty znasz pragnienia każdego ludzkiego serca. Ty chcesz je nasycić Wodą Żywą - kto ją pije, nie będzie pragnął na wieki. Tą Wodą, którą Ty dajesz, jest Duch Święty - Ten, który w tajemnicy Trójcy jest osobową Miłością. Daj nam - jak Ty - odkrywać i rozumieć ludzkie pragnienia i - również jak Ty - wychodzić im naprzeciw. Daj nam być naprawdę przy spragnionym człowieku. Z kubkiem wody. I z miłością, która jest kanałem Wody Żywej. Błogosławimy Cię za wszystkich tych, którzy to czynią - którzy Ci towarzyszą - obecnemu w umierających. Za lekarzy, pielęgniarki, pracowników hospicjów, oddziałów opieki terminalnej, zakładów opieki leczniczej. Za wszystkich wolontariuszy i tych, którzy wspierają hospicja materialnie. Tylko Ty sycisz każde ludzkie pragnienie na wieki wieków. Amen. Stacja XIII Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ramiona Matki MODLIĆ SIĘ ZA ŻYWYCH I UMARŁYCH Z Ewangelii według św. Marka: Do Jezusa rzekł człowiek z tłumu: Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. […] Jezus rzekł im: Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem. (Mk 9,20, 29) Patrzymy na Ciebie, Maryjo, siedzącą u stóp krzyża, z martwym ciałem Syna na kolanach. Trwającą na modlitwie. W obolałym skupieniu, ale na modlitwie. Dlatego właśnie nie bezradną, nie bezsilną, nie pokonaną, nie złamaną - ale: wzmocnioną, zaangażowaną dalej w dzieło zbawcze Syna, współmiłosierną z Nim - pierwszą w długiej dziejowej procesji tych, którzy - radując się w cierpieniach za nas - w swoim ciele dopełniają niedostatki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. I czynią to na modlitwie! Jest bowiem taki rodzaj zła, jest taki rodzaj demonów i pokus, które można wyrzucić jedynie modlitwą. Każde inne "narzędzie" jest nieskuteczne. Zostaje modlitwa i post. Twoja modlitwa, Maryjo, na Golgocie - jest doświadczeniem mocy, nie słabości. Jest dowodem na to, że miłosierdzie nigdy - w żadnej sytuacji nie jest bezsilne! Wtedy, gdy wszyscy inni składają broń, miłosierdzie sięga po mocny oręż modlitwy. Panie Jezu, błogosławimy i wysławiamy Cię za ludzi, którzy nie ustają w miłosiernej walce o innych, także wtedy, gdy wszyscy inni już się poddali. Dziękujemy za tych, którzy w pełnym zawierzeniu Tobie modlą się za zmarłych - tragicznie, niespodziewanie, w uporze, w buncie, w odmowie nawrócenia. Za tych, którzy upartą modlitwą towarzyszą tym, którzy nie chcą żadnego towarzyszenia, którzy brną w zło, pogodzili się z nałogiem lub w ogóle nie dostrzegają zła, które czynią. Dziękujemy Ci za tych, którzy modlitwą i postem wspierają nieuleczalnie chorych, konających, opłakujących swoich bliskich. Którzy modlą się o pokój, o który już nikt poza nimi i ofiarami wojny nie zabiega. Prosimy, rozpal i w nas ten charyzmat miłosiernej modlitwy za żywych i umarłych. Amen. Matko Miłosierdzia, módl się za nami! Stacja XIV Jezus złożony do grobu UMARŁYCH GRZEBAĆ Z Księgi Tobiasza: Ja, Tobiasz […] dawałem mój chleb głodnym i ubranie nagim. A jeśli widziałem zwłoki któregoś z moich rodaków, wyrzucone poza mury Niniwy, grzebałem je […] A jeden z mieszkańców Niniwy doniósł królowi, że to jestem tym, który grzebie potajemnie. Musiałem się ukrywać. […] Wtedy cały mój majątek zagrabiono. (Tb 1,3, Czy pogrzebanie zmarłego jest aż tak ważnym czynem miłosiernej miłości? Czy dla pogrzebania zmarłych warto zaryzykować aż tyle co Tobiasz? - gniew władcy, życie, majątek?! Ile jeszcze rozumiemy z tej wrażliwości? - w świecie, w którym coraz więcej rodzin nie odbiera ze szpitali ciał swoich bliskich zmarłych, aby ich pochować… - w świecie, w którym matkom nie zawsze wydaje się ciała ich zmarłych przy porodzie niemowląt…, a ciała dzieci, na których dokonano aborcji, po prostu wyrzuca się do śmieci? Panie Jezu, chcemy tworzyć - i współtworzyć (!) - inny świat. Dlatego błogosławimy Cię za Józefa z Arymatei, który chciał być Tobiaszem dla Ciebie. I za dzisiejszych Tobiaszów. Błogosławimy Cię za tych, którzy potrafią zadbać o pochówek ludzi bezdomnych. Za tych, którzy pomagają ludziom samotnym i ubogim pogrzebać ich bliskich. Za tych, którzy dbają o zapomniane groby ludzi nieznanych. Którzy troszczą się o groby nieprzyjaciół - żołnierzy wrogich armii, członków mniejszości etnicznych czy narodowych. Bądź błogosławiony za tych, którzy dbają o największe cmentarzyska świata i strzegą pamięci o miejscach takich jak Auschwitz, Birkenau, Dachau, Buchenwald i inne. Chroń nas przed lekceważeniem tego uczynku miłości. Bądź przynagleniem, byśmy nigdy nie opuścili pogrzebu naszych bliskich. Byśmy nikogo z naszych znajomych nie zostawili samego, gdy opłakuje swoich zmarłych. Daj, byśmy pamiętali o naszych zmarłych. W modlitwie osobistej i w czasie liturgii. Przez nawiedzenie grobu. Amen. Daj nam szacunek wobec śmierci! Ona jest bramą życia! Przeczytaj tekst przemówienia Franciszka, które wygłosił po zakończeniu Drogi Krzyżowej.
Tekst piosenki: Tysiące dróg, na których nie ma nas Miłosny sen ułożył serca czas Ja w dłoniach swych schowałem serce Twe Ty w sercu mym zbudziłaś życia sens Smak Twoich ust tuliłem w myśli swej Do chwili tej, gdy los pochylił się Przemienił wiatr w lipcowy ciepły sen I wtedy Bóg ustalił dla nas dzień Dzień, gdy słońce inne jest Zamiast deszczu pada bez Serce ściska płatki róż Słodycz spijam z Twoich ust Na śniadanie jesteś Ty W nocy tulisz moje sny Miłość imię Twoje ma W naszych sercach stanął czas / 2x Tysiące dróg, a jedna naszą jest Amora strzał rozpuścił w sercu śnieg Miłości sen spełnieniem staje się Ja kocham Cię, Ty dobrze o tym wiesz Uniosę Cię w ramionach letnich dni Ogrodu chór zaśpiewa ze mną dziś Niech miłość ma kołysze ciało Twe Czekając wciąż aż znów nadejdzie dzień Dzień, gdy słońce inne jest Zamiast deszczu pada bez Serce ściska płatki róż Słodycz spijam z Twoich ust Na śniadanie jesteś Ty W nocy tulisz moje sny Miłość imię Twoje ma W naszych sercach stanął czas / 4x Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu
gdy w kościele róż tysiące tekst